Pajęczydło
Szaleństwo!
Liczne szaleństwa. Obłąkanie pachnące stęchlizną, obłąkanie, wiszące w powietrzu ciężką, wonną chmurą – słodką, niepokojącą i kuszącą.
Szaleństwo!
Szaleństwo jasne jak śnieg, a także to, mieniące się niewyraźnie, złudnie, gdzieś na dnie głębin, gdzie ciśnienie jest tak wysokie, że rozrywa płuca na drobne kawałki.
(Jakiego koloru są płuca?)
Białka oczu szaleńców bywają błękitne, żółtawe i przekrwione, pokryte siecią czerwonych żyłek. Oczy szaleńców nie różnią się niczym od innych, zwyczajnych, codziennych...
Powszednich...
Takich, które spotykacie codziennie, takich w które codziennie spoglądacie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Szaleństwo!
Tęczówki oczu szaleńców bywają brązowe.
Bywają niebieskie, szare, zielone i czarne. Bywają żółte, na wpół przezroczystą, jastrzębią żółcią. Bywają czerwone, niespokojną czerwienią, czającą się w białych twarzach, okolonych równie jasnymi włosami.
Szaleństwo!
Strażnicy, czy wiecie, czemu tak jest? Czy wiecie, czemu tak się dzieje?
Strażnicy...
Każdy z nas jest szaleńcem. Nasze oczy są szalone od dnia, gdy po raz pierwszy spojrzały przed siebie.
(Czy widzicie błysk źrenic? Co się za nim kryje, strażnicy? Ile masek spowija nasze twarze?)
Kiedy maski spadają, by roztrzaskać się o ziemię?
Jaki odgłos wydaje pękająca maska?
Wiatr był zaledwie lekkim, cierpkim i wilgotnym oddechem listopada.
Nie miał w sobie nic z wrogiej furii i siarczystego mrozu, charakterystycznego dla zimowych, iskrzących się lodem i szronem miesięcy.
Był tylko oddechem. Był kaszlem, nośnikiem dla uciążliwych, nieprzerwanych strug deszczu, spływających rynnami.
Im bliżej Umarłego Ogrodu, tym cięższy wydawał się ów urojony oddech.
Stawał się suchym kaszlem, rozsiewającym wokół siebie nie kropelki śliny – lecz kurz.
W Umarłym Ogrodzie zawsze dało się wyczuć kurz.
Wymyślony, zapewne – bo w Umarłym Ogrodzie nigdy nie znajdowało się wystarczająco wiele cielesnych istot, by ich obumarłe, złuszczone naskórki mogły pokryć pogrzebany plac warstwą pyłu.
Umarły Ogród myślał pyłem.
Umarły Ogród szeptał…
Pyłem.
W Umarłym Ogrodzie gromadzili się Więźniowie – gromadzili się w kątach zmurszałego ogrodzenia.
Gromadzili się, milcząc.
Milcząc i oczekując na duchy, które zjawiały się, wtulone w delikatne płatki młodych kwiatów.
Odwieczne delirium Ogrodu zostało przerwane. Jego zmysły wyostrzały się, a powieki trzepotały, trzepotały bez końca, raz po raz odsłaniając lśniące białka i wirujące szaleńczo źrenice.
Kurz unosił się w powietrzu i osiadał na świeżych, jasnozielonych listkach.
A Więźniowie gromadzili się, milcząc.
Jeden krok w kierunku Umarłego Ogrodu.
Jeden krok... i pierwsza maska spada, uderza o asfalt.
Jej odłamki mienią się od osiadłych na nich kropel deszczu.
To żywa maska, która już nie oddycha.
Lecz nie wiecie jaki odgłos wydała, gdy się rozpadła.
*
Jest tyle słów, które nigdy nie zostaną wypowiedziane. Deirdre O’Neill nie pamiętała już rozmowy, w której zostałoby powiedziane wszystko to, co być powinno. W życiu (czy też półżyciu, a przynajmniej zdaniem Błażeja) Ludzi Ognia, istotną rolę odgrywały półsłówka, półgesty i wszelkie niejasności.
Kto jako pierwszy stwierdził, że lekkie wykrzywienie warg znaczy więcej od obaw wyrażonych słowami?
Kto pierwszy odrzucił szept, kojarząc go z suchym skwierczeniem ognia?
Błażej Winiarski wpadł do mieszkania Deirdre już po tym, jak udało jej się samodzielnie ugasić niewielki pożar, szamoczący się z krzesłem i zachłannie liżący podłogę. Jego oczy (szarozielone, błyszczące, lecz nie szaleńczo) omiotły przerażonym spojrzeniem zwęglone krzesło, cuchnące resztki zasłon i ciemne kręgi wypalone w podłodze. Napotkały wzrok Deirdre – jak zwykle chłodnej i opanowanej (jej oczy były błękitne, żarzyły się i lśniły – to mogły być oczy szaleńca, tak, mogły), po czym rozszerzyły się, nieruchomiejąc, szukając czegoś, co stanowiłoby powód do uspokojenia się, odetchnięcia z ulgą... choćby na moment.
Bo Umarły Ogród ożywał, ożywał i budził się, przyzywając i nie pozostawiając ani chwili czasu na odpoczynek, czy złapanie w płuca (jaki kolor mają płuca?) powietrza, które nie byłoby przesiąknięte zapachem kurzu.
– Deirdre, do cholery! Jak to się stało? Przecież nie paliłaś świec! Nie paliłaś, prawda? – Winiarski stanął naprzeciwko niskiej, rudowłosej kobiety o niebieskich oczach. Ze ścian łypały na niego spojrzenia Trójcy i Avikahandiego – wyobrażonego w postaci wysokiego mężczyzny z głową sokoła i – tuż obok, wyrastającej z tej samej, ludzkiej szyi – trójkątnym, spłaszczonym łbem węża.
Deirdre była bardzo religijna. Wszyscy Więźniowie Ogrodu o tym wiedzieli.
Wielu drwiło z niej za plecami.
Nigdy w twarz, nigdy w oczy (te błękitne oczy, które lśniły i mogły być oczami szaleńca, o tak, mogły).
– Nie paliłaś świec, Deirdre, prawda?!
(
Nigdy tego nie robisz, Deirdre. Nie wykluczam oczywiście możliwości, że nagle i nie tak znowu niespodziewanie pomieszało ci się w głowie, ale istnieją granice szaleństwa. Naprawdę.)
– Nie paliłam, Blaise. Myślę, że to był samozapłon.
Spojrzeli na siebie – kobieta i mężczyzna, którzy przypieczętowali swój los już dawno, dwoje strażników Ogrodu, który powracał do życia – między nimi padły milczące słowa.
(
Byłam wszędzie i byłam wszystkim, Blaise. Tylko przez chwilę. Stałam w grocie o wilgotnych ścianach i wielkim, huczącym ognisku pośrodku. Były tam skały, układające się w runy, a potem pojawili się też bogowie. Bogowie mówili do mnie, Trójca Już Czas mówiła, że nadszedł Czas, Blaise. Ale dołączmy to do kanonu nigdy niewypowiedzianych słów, bo wiem, że mi nie uwierzycie, choćbyście ufali mi na każdym kroku i choćbyście powierzyli wasz los w moje ręce. Nie mówmy o tym, Blaise, tak samo jak nigdy nie powiedzieliśmy ani słowa o twoich papierosach, o tym, że palisz, że zbliżasz zapałkę tak blisko twarzy, że aż zezujesz na zbliżający się do twoich ust ognik, o tym jak wydmuchujesz gorący, gryzący dym nosem i ustami. Uważasz siebie za złego, za zdrajcę, Blaise, i nie przekonasz mnie, że to co robisz nie jest próbą ukarania siebie, jednym, wielkim, głupim ryzykanctwem.
I wy mówicie, że jestem szalona?)
Nie było czasu na rozmowy. I nie było czasu na samozapłony, jakkolwiek przerażające i dziwne by się nie wydawały.
– Deirdre, Ogród ożywa. Byłem na swojej zmianie, kiedy pojawił się pierwszy kwiat. Musimy tam iść. Musimy im pomóc, do tego czasu na pewno zdążyli już zrobić coś głupiego!
(
Boję się, Deirdre. To słowa, których nigdy przy tobie nie wypowiem, nie głośno. Ale boję się, Dree. Krzyczałem tam, w Ogrodzie, i zataczałem się, idąc do ciebie, zataczałem się jak pijany, jak ogłuszony. Wiele bym dał, żeby być tak spokojny jak ty, wiesz? Nie, nie możesz wiedzieć. Ty nie okazujesz strachu, mimo że dzieje się najgorsze. I nie okazujesz współczucia.)
Deirdre nie pozwoliła sobie na chwilę oszołomienia. Zmarszczyła brwi, przypatrując się uważnie twarzy mężczyzny, całkiem tak jakby spodziewała się ujrzeć w niej kłamstwo, jedną fałszywą nutę, nie pasującą do całości.
Szybko jednak odwróciła wzrok, bez słowa chwytając za płaszcz i wkładając buty.
– Jest mokro – warknęła, wyczuwając niedowierzanie Winiarskiego. – Bardziej przydam się wam zdrowa. Jeśli w ogóle potrzebujemy czegokolwiek oprócz cudu.
(
Odwróć się, zatkaj uszy i odejdź, odejdź stąd daleko, ja muszę wrzasnąć, Blaise, ja muszę!)
– Szybciej! Słyszałem, że przygotowują się do Rytuału Avami, będzie dużo tańca i wrzasków, za to niekoniecznie dużo sensu.
(
I powiedziałbym więcej na temat naszej religii i naszych modlitw. Ale nie teraz. Nie przy tobie. I nie teraz. Nie ma czasu.)
Deirdre uśmiechnęła się drwiąco – rozciągnięte w uśmiechu usta zbielały, nie kontrastując z zębami, które błysnęły lekko w ciemności pokoju.
– Nonsens. W „Aarona Księdze IV” jest ustęp o tym, że Avami nie zadziała przeciwko bliźnim.
Zatrzymała się na chwilę, tuż przed wyjściem, nie zważając na to, że Błażej przekroczył już próg jej mieszkania, moknąc. Spojrzała prosto w kamienne postaci Trójcy, których malowidło wisiało obok Avikahandiego. Pomyślała, że podobieństwo nie zostało odwzorowane zbyt dobrze.
Bo któryż malarz potrafiłby oddać szpetotę bogini, nie posiadającej warg? Albo chybotliwą koślawość szyi, wyrastającej bezpośrednio z kamienia?
– Już Czas – szepnęła.
Zniknęliście w listopadowej ciemności, strażnicy.
Zniknęliście w szarych strugach deszczu.
Podążyliście ku nam, słysząc nasz śpiew, lecz nie rozróżniając słów.
I tak, w pośpiechu, spada kolejna maska.
Rozerwane usta nie potrafią śpiewać.
*
Chodźcie!
Rytuał Avami gromadzi wszystkich strażników Ogrodu, Ludzi Ognia, wszystkich uwięzionych.
Gromadzi ich i zastaje w tańcu, tańcu z zamkniętymi oczami, tańcu w rytm niesłyszalnej muzyki i niewypowiedzianych modlitw.
Chodźcie!
Ludzie Ognia gromadzą się w Umarłym Ogrodzie, otaczając kwiaty zwartą spiralą. Łapią się za ręce, postępują kilka kroków w przód, by po chwili się cofnąć, cofnąć się pospiesznie, lekkimi krokami tancerzy.
W ich umysłach rozbrzmiewa muzyka.
Bum.
Pojedyncze uderzenie w bębny podświadomości.
Bum. Bum.
Spirala niewidzialnych ludzi zbliża się do środka Umarłego Ogrodu, gdzie rosną kwiaty.
Bum. Bum. Bum.
Ludzie Ognia cofają się.
Z ich ust wydobywa się ochrypły śpiew. Każdy śpiewa inaczej, w innym rytmie i tempie, jednak nikt tego nie zauważa. Nie słychać różnic ich głosów…
Rytuał Avami czyni z nich jeden organizm, jeden umysł, jedno ciało, jeden krzyk.
Krzyk!
Chodźcie!
Rytuał Avami trwa, a Ludzie Ognia modlą się niezrozumiałymi słowami. Modlą się do Avikahandiego i Trójcy Już Czas, błagając o zlitowanie, o ciszę i o śmierć.
Śmierć Umarłego Ogrodu, którego powieki trzepoczą, zmysły się wyostrzają, a kurz wiruje w powietrzu, niewidzialny w ciemności, listopadowej szarości i strugach deszczu. Modlą się, tańcząc, modlą się, błagając o to, by krew Ogrodu pozostała zakrzepła.
Modlą się do tych, o których zapomnieli. Modlą się, mimo że przestali już wierzyć.
Strach każe im chwytać się wiary, która wygasła.
Bum. Bum. Bum.
W szale Rytuału Avami spada kolejna maska.
Ludzie z zamkniętymi oczami depczą ją nieuważnie.
Spękane oczy na masce pogrążają się w jałowej ziemi.
*
Liczydło.
Liczydło to na wpół zapomniana dzisiaj konstrukcja. Drewniana obudowa i równoległe pręty, na które nawleczone są koraliki, wielokrotnie okazywała się użyteczna – kiedyś, przed wynalezieniem kalkulatora, czy późniejszych komputerów.
Liczydło, na które nawleka się koraliki, koraliki, które przesuwa się, w ułatwiającej liczenie wizualizacji dodawania i odejmowania.
Korzystanie z liczydła ogranicza wiele praw, których opanowanie i zastosowanie w praktyce jest prawdziwą sztuką.
Opracowano nawet odpowiedni sposób, w jaki należy je trzymać.
Arachne wiedziała o tym doskonale. Nici, które codziennie snuła, były niczym metalowe pręciki, stanowiące ośrodek drewnianych ram każdego liczydła.
Tylko trochę bardziej lekkie.
Bardziej niezwykłe.
Bardziej…
Mityczne.
Równie wytrzymałe.
Koraliki, którymi obwieszała nici, miały całkiem inne zastosowanie – nie służyły do liczenia, było ich też o wiele więcej – nigdy nie dziesięć.
Miliony, miliardy.
Wszystkie jarzyły się, raniąc przywykłe do ciemności oczy nietoperzy, obwieszających ściany groty Arachne, wszystkie rozdzierały zatęchłą ciemność, wszystkie zdawały się krwawić światłem niczym rozjątrzone strupy na ciałach gwiazd.
Każdy z nich różnił się od siebie – niewiele, ale jednak.
Każdy z nich oznaczał coś innego.
Każdy był wyjątkowy.
Ale tylko razem tworzyły opowieści, które spisywała Arachne.
Historie, które rozgrywają się codziennie. Zadaniem Arachne było jedynie obserwować je, spisywać na swój własny, niezwykły sposób, obwieszając pajęczynę słowami. Przesuwać między palcami, poświęcając im niewielką uwagę.
Najświeższa nić wiła się między dwoma różnej wielkości naroślami skalnymi, i niezliczoną ilością stalagmitów i stalaktytów. Zahaczała o niewielki, skalny występ, przypominający nieco niekształtny, chropawy hak. Miejscowe rodziny nietoperzy traktowały ją raczej nieprzychylnie.
Co oznaczają zwieszające się z niej, srebrzyste koraliki?
„
To jasność nadaje ciemności sens.
To światło pozwala nam zapoznać się z naturą mroku.
I wiecie co?
To światło zabija.
Cień jest jak lęk, schwytany w swym kącie. Bezradny w obliczu rozszerzonych źrenic dziecka.
Bezradny, gdy przygląda się drżącym, niemym ustom, rozchylonym we wrzasku, który zamarł, nim przerażenie wypchnęło go na zewnątrz, w kierunku wolności.
To światło zabija.” – mówił pierwszy rząd, połyskując niewinnie.
„
Śpij, śpij.
Będę śpiewać dla ciebie.
Śpij, dziecino. Śpij.
Zatańczę. Wszystko dla ciebie.
Będę tańczyć na niebie. Wirować tam, gdzie gwiazdy dotykają ziemi.
Wirować wśród barw, tak głębokich, że utworzą otchłań.
Wirować wśród barw, tak pełnych i licznych, że uczynią pustkę.
A teraz już śpij.
Powlekę twoje sny marami.
Powlekę je koszmarami.
To ja jestem Ogrodem, strażniczko.” – można było wyczytać z kolejnych.
Arachne unosiła się tuż pod nierównym, ociekającym wilgocią sklepieniem, huśtając na swych niciach swobodnie. Niegdyś była piękna, i czasami na jej twarzy można było dostrzec resztki ponadprzeciętnej urody i wdzięku – kiedyś tak oczywistego, tak naturalnego.
Po latach mieszkania w grocie, jej smukła, wysoka sylwetka stała się żylasta i włóknista, a na białej, odwykłej od dziennego światła skórze zarysowały się niebieskawe żyły. Jej włosy były czarne, zmierzwione i pozlepiane w długie, lepkie strąki, opadające na wielkie, okrągłe oczy, odbijające srebrzyste światło koralików.
Ubrana była w zgrzebną szatę nieokreślonego koloru, która powiewała wokół jej ubłoconych, bosych stóp, gdy Arachne zwinnie przepływała w powietrzu, podciągając się na kolejnych niciach, chwytając kolejnych pajęczyn, które snuła.
Mocując następny koralik, ozdobiony prostą, strzałokształtną runą, wybuchła piskliwym śmiechem, mamrocząc do siebie niezrozumiale – mogła sobie na to pozwolić, i mogłaby, nawet gdyby jej szaleństwo nie było tak jawne i oczywiste.
Przebywała w swojej jaskini zupełnie sama. Nie było ludzi, których zaniepokoiłoby jej zachowanie.
Nietoperze przemykały w ciemnościach, omijając Arachne szerokim łukiem.
Przydatna rzecz, ta echolokacja.
Tak spadła kolejna maska.
Jej organiczne, miękkie odłamki rozkładają się nadspodziewanie szybko.
*
– Więc przyjdziesz tutaj, Deirdre? Przyjdziesz do mnie, Deirdre? – spytała Arachne, niemal bezgłośnie poruszając wysuszonymi, klejącymi się do siebie wargami.
Jej ciemne oczy wpatrywały się w pustkę, jakby starały się wyłowić z niej kontury twarzy, których nie był w stanie dostrzec nikt.
Nikt poza nią.
Arachne zawsze widziała Twarze. Było ich wiele i szeptały.
Arachne wpatrywała się w nie, poszukując odpowiedzi na pytania, które zadawała. A zadawała ich mnóstwo, o tak. Mieszkanka Pajęczej Groty uwielbiała wiedzieć.
Jej twarz rozjaśnił uśmiech.
– Więc przyjdziesz tutaj, Deirdre? Przyjdziesz do mnie, Deirdre?
Jej oczy nie wyrażały niczego. Były jak zamknięte, zabite deskami odrzwia, jak wybite szyby, odsłaniające wyłącznie ciemność, zalegającą w zakurzonym, zamieszkałym wyłącznie przez pająki domu.
Nawiedzonym domu.
Arachne śmiała się i mówiła – kiedy milkła zaś, jej twarz kamieniała, a umysł odgradzał się od rzeczywistości szczelnymi murami.
– Do mnie, Deirdre? – Arachne w zamyśleniu przesunęła długim, bladym jak odnóże pająka palcem po świeżo wysnutej nici. Każde słowo, jakie wypowiadała, artykułowane było przez nią powoli i wyraźnie.
Arachne szukała pocieszenia w bezmyślnych, jasnych obliczach, które unosiły się wszędzie wokół.
Wszędzie, wszędzie.
Trzeba tylko umieć patrzyć.
– Ależ Deirdre, ja rozumiem – szepnęła ochryple. Powoli wynurzała się z odrętwienia, jej monotonny, bezosobowy głos znikał, zastąpiony innym – pospiesznym, pełnym temperamentu i nieco niedbałym, chwilami wręcz bełkotliwym. – Deirdre, Deirdre! Coś strasznego tu nadchodzi!
Arachne roześmiała się głośno.
I śmiała się, śmiała się przez cały czas, aż po jej policzkach pociekły łzy, żłobiąc wilgotne ścieżki w pokrywającej twarz warstwie błota.
Ręka prząśniczki zacisnęła się na koraliku, który chybotał się tuż nad jej głową niczym olbrzymi świetlik – niemalże go miażdżyła, on jednak okazał się wytrwały – jedynie jego światło zbladło nieco, wtulone w poprzecinaną błękitnymi żyłkami dłoń Arachne.
Arachne, która się śmiała.
A potem, równie niespodziewanie, zamilkła.
Jej twarz wydawała się surowa, czoło było zmarszczone, a oczy – oczy omiatały wnętrze Pajęczej Groty z uwagą.
– Nie ma zmartwienia, Deirdre. Przybądź. Prędzej czy później tu trafisz.
Mieszkanka jaskini przymknęła powieki, gładząc dłońmi otaczające ją ze wszystkich stron pajęczyny. Kilka nietoperzy zaskrzeczało gdzieś w niewielkim oddaleniu, kilka innych zaś przemknęło tuż za Arachne – ona jednak nie zwróciła na to uwagi.
Nie miała czego się bać. Twarze, które krążyły dookoła niej, nie były złe.
Były dobre.
Na pewno jej pomogą – zawsze pomagały.
Bo od tego były – to takie dobre Twarze. Dobre duszki. Aniołki.
Dobre.
– Wszyscy trafiają w pajęczynę, Deirdre. Pajęczyna drży, kiedy owad podleci zbyt blisko. Pajęczyna zmienia się. Moja pajęczyna opowiada historię każdego owada… Deirdre…
Arachne zamilkła na chwilę. Oddalała się, zamykała i znikała, całą swoją uwagę skupiając na Twarzach.
Odetchnęła głośno, świszczącym, ciężkim oddechem.
– Dlaczego nie omijasz pajęczyny, Deirdre? Dlaczego sama, z własnej woli pętasz się w jej lepkich niciach? – dokończyła powoli, charcząc.
Czuła chłód.
Podejrzewała, że to Złe Twarze. Złe Twarze zbliżały się do niej, podczas gdy te Dobre bladły, wykrzywiając się i wijąc w spazmach bólu, którego Arachne nie potrafiła z nimi dzielić.
Coś strasznego tu nadchodzi.
Czepiając się resztek świadomości, rozejrzała się dookoła – widziała pajęczydło – pajęczydło-liczydło. Jej nici, wyglądające jak wąskie smugi światła gwiazd.
A przynajmniej takie miała wrażenie – nie mogła stwierdzić tego z całkowitą pewnością, bo gwiazdy, gwiazdy…
Tak dawno nie widziała gwiazd.
Arachne milczała, gdy jej świat wypełniły Złe Twarze.
Tak spada ostatnia maska.
Czy usłyszeliście dźwięk, jaki wydała, gdy uderzyła o ziemię?
Nie, nie słyszeliście.
A może jednak...?
Tym dźwiękiem jest cisza.
Tą maską jest nic.
Aylya 16/02/2008 13:03:11 [
komentarzy 6]
Komentuj